Milicyjne zdjęcia z roku 1968

Oryginalne opisy zdjęć na odwrocie

Biuletyn Politechniki Śląskiej, Maj 2009

strona główna

 

Historia lubi się toczyć powoli. Wtem nagle, nie wiadomo dlaczego, przyspiesza, pędzi, wybucha i cichnie. Dwa wielkie dni i znów kilkanaście lat względnego spokoju. Takie też są dzieje Politechniki Śląskiej, wypełnione milionami godzin zajęć, dziesiątkami tysięcy magisteriów i niepoliczalnym ogromem różnorodnych prac naukowych. Ale i nam trafiały się dni, o których potem pamiętamy przez całe pokolenia. Dni niejasne, niezrozumiałe, dezintegrujące i formujące. Takie jak 11 i 12 marca roku 1968.

       

Gliwicki Marzec. Błąd czy prowokacja?

Andrzej Jarczewski

 

1. W roku 1968 przeszła przez Polskę zawierucha, o której długo nie wiedzieliśmy, co sądzić. Obecnie publikowane są liczne relacje świadków, głównie z Warszawy, Wrocławia, Krakowa i innych ośrodków uniwersyteckich. Natomiast gliwickie manifestacje studentów Politechniki dopiero czekają na swoją opowieść. Ale już nie na proste zestawienie faktów, bo z takiego opisu nic nie wynika. To musi być interpretacja. Skupię się na zagadnieniu tytułowym. Być może zinterpretowanie tamtych wydarzeń w Gliwicach jako celowej prowokacji przybliży zrozumienie całego polskiego Marca’68. Ta gra toczyła się wszak na dużej szachownicy. Przebiegu demonstracji w Gliwicach nie da się pojąć, jeżeli nie będziemy jej rozpatrywać na tle tego, co zdarzyło się gdzie indziej. A zwłaszcza – co równolegle, dokładnie w tej samej chwili działo się w Warszawie.

Odżegnując się tedy od spiskowej teorii dziejów – już na wstępie wyraźnie zaznaczam, że hipotezą roboczą będzie tu właśnie prowokacja. Nie jest to jedyny punkt widzenia. Każde zjawisko przyrodnicze inaczej przecież opisze chemik, inaczej fizyk, a inaczej poeta. Niniejszy opis sporządził specjalista od prowokacji, który prosi innych specjalistów o skorygowanie i poszerzenie obrazu. Bo o gliwickim Marcu trzeba w końcu napisać poważną książkę. Autor będzie więc wdzięczny za każdą krytykę, uzupełnienie, dokument i zdjęcie.

 

2. 40 lat później Instytut Pamięci Narodowej utworzył stronę www.marzec1968.pl. W serwisie IPN-u znalazło się też miejsce dla fotografii, wykonywanych przez bezpiekę z ukrycia w Gliwicach. Na podstawie tych zdjęć wyłuskiwano uczestników manifestacji. Niektórych zamknięto na kilka dni w areszcie, innych powołano do wojska w trybie natychmiastowym. Nazywało się to „wcieleniem”. W ten sposób skomplikowano, a może nawet zniszczono życie 26 studentom1 Politechniki Śląskiej.

Wyobraź sobie, P.T. Czytelniku, uczucia osób, które – nie wiedząc wówczas, że są fotografowane – rozpoznały siebie na tych zdjęciach2. Paru ludzi doznało tego rodzaju odkryć. Należy do nich piszący te słowa (uwieczniony na fot. 31). Warto zwrócić uwagę, że na tym zdjęciu, wykonanym 11 lub raczej 12 marca 1968, nie ma żadnej grupy. Każdy patrzy w inną stronę, nikt nie wie, że jest fotografowany; nawet za bardzo się nie rozmawia. Odzwierciedla to nastrój chwili: znaleźliśmy się na Placu Krakowskim nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo po co. Na odwrocie tej fotki znalazła się notatka. Oto jej treść. Lewicki, obok niego osobnik z grupy, która przyjechała z Katowic 12.03.1968. Teraz proszę zwrócić uwagę na znak „x” nad głową mężczyzny z prawej. To o nim napisano „Lewicki”. Natomiast ów „osobnik” w kraciastym płaszczu – to właśnie niżej podpisany…

 

3. W piątek 8 marca 1968 o godzinie 12.13 na Uniwersytecie Warszawskim tzw. „aktyw robotniczy” siedmioma autobusami wjechał na wiec studentów. Jak się za chwilę okaże – dokładne przypomnienie terminu rozpoczęcia tego pogromu ma istotne znaczenie dla zrozumienia wydarzeń na Śląsku. Już po paru godzinach, dzięki Wolnej Europie, cała Polska usłyszała, co działo się w Warszawie. Wchodzi­liśmy w tę historię ze świadomością taką, że jacyś „oni” biją jakichś „naszych”, tzn. studentów, których – rzecz jasna – nikt nie znał. Nikt też nie wiedział, co się w takich sytuacjach robi.

Doświadczenia (słabo znane) z Powstania Warszawskiego były tu nieprzydatne. O tzw. „wypadkach poznańskich” (1956) wiedzieliśmy trochę więcej, ale była to co najwyżej wiedza o faktach. Żadnych wskazówek. Żadnej teorii. Czysta, surowa, niepowtarzalna, nieskażona refleksją empiria. Za mało, by zorganizować zbiorowe działanie studentów odległej od Warszawy Politechniki. Radio Wolna Europa było świetnym dostarczycielem informacji, niekiedy nawet do przesady podgrzewało nastroje. Ale nigdy nie powiedziało, jak należy postępować. W tej kwestii każdy musiał liczyć tylko na siebie, bo nawet przywódców ani organizatorów oporu nie było.

 

4. Tylko pierwszy sekretarz wojewódzki, Edward Gierek, wiedział wtedy, co robić. Wezwał do siebie rektorów śląskich uczelni, uczelnianych sekretarzy PZPR i szefów wszystkich organizacji studenckich. Kilkadziesiąt osób. Dziwnym trafem zebranie zwołano akurat na godzinę 12.00 w piątek 8 marca! Bynajmniej nie po to, by paniom wręczyć po goździku w uroczyście celebrowanym przez komunistów Dniu Kobiet. Kilkanaście minut później funkcjonariusze służb tajnych i mundurowych zaczynali bić studentów w Warszawie.

Gierek życzył sobie, by w Katowicach, dokładnie w tej chwili, gdy z autobusów mieli w Warszawie wysypać się „cywile”, słuchali go wszyscy śląscy decydenci akademiccy! Mówił długo i pryncypialnie, ale zamiast tradycyjnego pustosłowia – tym razem podarował słuchaczom szczegółowe, do niedawna ściśle utajniane informacje o istnieniu różnych koterii w partii i o ich wpływach. Co kilka minut wzy­wano go do telefonu. Raczej nikt na sali nie wiedział, o co chodzi. Milczano. Gierek nikomu żadnych poleceń nie wydawał. Grzmiał tylko, że: tutaj, w województwie katowickim, przodującym w realizacji idei socjalizmu, żadnych ekscesów i tym podobnych rzeczy nie będzie3.

Rektorzy wracają na swoje uczelnie cokolwiek zdezorientowani. Na tak dużym zebraniu nie mogli otrzymać szczegółowych wytycznych. To nie są dzieci. Wiedzą, że muszą być w pracy na poste­runku. Za chwilę wytyczne przyjdą same. Ale tego możemy się tylko domyślać. Na razie nic o tych chwilach nie wiemy. Ale wiemy coś niecoś o innych tego typu wydarzeniach.

Miałem możność dokładnie zapoznać się z esbecką teczką, zawierającą materiały o procesie, w któ­rym przez przypadek sądzono później (1986) moją skromną osobę. I okazało się, że sąd w Gliwi­cach był zabezpieczony nie tylko przez zwykłą milicję, ale i przez cały zastęp oficerów SB. Niektórzy byli na sali rozpraw, inni raportowali, co się dzieje na korytarzu, a dwóch dyżurowało stale w gabinecie prezesa sądu! Żeby przypadkiem komuś, zwłaszcza sędziom, nie wpadł do głowy scenariusz inny, niż wcześniej przygotowany i w szczegółach rozpisany na role. Mogę więc – powracając do Marca 1968 – domyślać się, że najpóźniej w sobotę do gabinetu rektora Politechniki, Jerzego Szuby, zapukał doskonale mu znany tajny „opiekun” ze szczegółowymi wskazówkami. Jakie one były – nie wiemy. Ale wiemy dokładnie, co stanie się za chwilę.

 

5. Studenci w sobotę i w niedzielę (9 i 10 marca 1968) słuchają Wolnej Europy. Napięcie rozładowują w dyskusjach. Nie myślą nawet o akcji czynnej. Podziwiają Warszawę. Pewnie chętnie by też pouczestniczyli w jakiejś zadymie, ale nie ma  jądra krystalizacji. Nie ma ośrodka decyzyjnego, który mógłby czymkolwiek pokierować. I teraz dochodzimy do momentu najważniejszego. Przez 40 lat pytałem wszystkich, którzy mogliby cokolwiek na ten temat powiedzieć. Przez 40 lat dociekam tego jednego: kto i kiedy podjął decyzję, że wiec studentów ma się odbyć w poniedziałek 11 marca o godz. 16.00 na Placu Krakowskim w Gliwicach! I nadal nie wiem.

W dostępnych dziś raportach milicyjnych czytamy, że pierwsze dwie odręczne ulotki, wzywające stu­dentów na ten wiec, wisiały chyba ze 2 godziny w jednym z akademików na tablicy ogłoszeń i zo­stały zerwane o 1.00 w nocy 11 marca (właśnie zaczynał się ów słynny poniedziałek). Kolejne dwie ulotki znaleziono po północy na drewnianym parkanie w dzielnicy akademickiej i wkrótce je zerwano. Następne raporty mówią o kolejnych egzemplarzach na ulicy i o wieszaniu, ściąganiu i ponownym wieszaniu rękopiśmiennych ulotek rano wewnątrz gmachu Wydziału Górniczego. Na innych wydziałach – spokój. Pojawia się też plakat w stołówce przy ul. Łużyckiej. Nikogo jednak nie złapano, choć ulotki były wieszane w widocznym miejscu. Do dziś nikt nie przyznał się do wypisywania tych papierów! Dokładniej – nikt nie przyznał się do wytworzenia pierwszych ulotek i do decyzji o terminie i miejscu wiecu. Później wiele działań podejmowano spontanicznie. Przecież materiału wybuchowego był nadmiar. Chodzi tylko o to, kto i jak uruchomił zapalnik.

 

6. Mamy już poniedziałek 11 marca 1968. Zbliża się godz. 15.00. Większość studentów skończyła właśnie zajęcia. W stołówkach, wydających obiady do 16.00, jak zwykle pełno, ale bez oznak szczególnego poruszenia. Jakieś słuchy krążą, że coś, gdzieś… Dezorientacja. Nie wiadomo, co robić. Raczej nic. Minie kolejny dzień tłumionej wściekłości. Nowe wiadomości z Warszawy. Nic dobrego. Biją.

I nagle – ni stąd ni zowąd – w akademikach, przez radiowęzeł, odczytywany jest komunikat rektora Jerzego Szuby. Treści już nikt nie pamięta, ale teza główna była zrozumiana przez wszystkich tak samo. Rektor stanowczo zakazywał studentom udziału w wiecu, który ma się odbyć dzisiaj o 16.00 na Placu Krakowskim!!! Reakcja była natychmiastowa. Skoro władza zakazuje, to – oczywiście – natychmiast trzeba tam iść! Dziś, znając cynizm i zakłamanie ówczesnego rektora, powiedziałbym inaczej: to nie był zakaz, to był nakaz! A co najmniej: zaproszenie.

Milicyjne meldunki, udostępnione teraz autorowi przez IPN, co kilka minut relacjonują zdarzenia. Godzina 16.00 – jest 50 osób na Placu Krakowskim, drugi meldunek: grupa 100 ludzi idzie z ulicy Pszczyńskiej. Trzeci: już 500 osób na placu, okrzyki „Uwolnić studentów Warszawy!”. 16.15 – tysiąc osób idzie pod pomnik Mickiewicza, mają transparent: „Niech żyje demokracja! Żądamy wolności słowa!”. Kolejna notatka z godz. 16.45 – Około 3.000 ludzi idzie pod pomnik Mickiewicza!

Wśród masy następnych meldunków jeden jest szczególnie ciekawy. Pod pomnikiem Mickiewicza (fot. 38) pojawia się zabawny transparent, a raczej – wypis z „Dziadów”: Cicho wszędzie – głucho wszędzie – co to będzie – co to będzie. Okrzyki, skandowanie: Precz z cenzurą! Precz z Moczarem! Prasa kłamie!... A na odwrocie tego przekrzywionego (wykonywanego aparatem ukrytym pewnie w jakiejś torbie) zdjęcia: Studentka oznaczona lit. X jest działaczką na Wydz. Bud. – III rok.

 

7. Jeśli do tego momentu manifestacja miała jakiś konkretny cel, to po wręczeniu kwiatów „Adasiowi” zaczyna się prawdziwa odyseja kosmiczna. Studenci wpadają w trans maszerowania. Przez kilka godzin bez wyraźnego celu przemierzają Gliwice wzdłuż i wszerz, dzielą się na grupy, łączą… Meldunek kolejny: Przemarsz studentów ulicą Dworcową, Dolne Wały, Zwycięstwa, Bohaterów Getta Warszawskiego, Dworcowa, Kłodnicka, Gottwalda i z powrotem Wrocławska, Plac Krakowski. Liczba osób 1.900. Okrzyki „Nie kupować gazet”, „Wolność słowa”…

O 17.45 milicjant melduje: z okien budynku HPR przy ul. Zwycięstwa wyrzucano kartki papieru w czasie demonstracji i z innych domów. To się powtarzało w wielu miejscach. Milicjanci podają niekiedy dokładne adresy, np.: z budynku nr 14 przy ul. Bytomskiej, I piętro nad wejściem, mężczyzna wyrzucił większą ilość gazet. Gdy przed szóstą zaczynało zmierzchać – z gazet robiono pochodnie, co wraz ze skandowanymi okrzykami Prasa kłamie! sprawiało oszołamiające wrażenie.

To, że studenci byli oszołomieni, możemy uważać za normalne i raczej do przewidzenia. Ale czy to studenci szli na czele pochodu? Czy studenci nadawali kierunek marszowi? To okazuje się wielce wątpliwe. Do dziś nikt z czołówki się nie ujawnił!

Dysponujemy tylko milicyjną fotografią (40) z opisem na odwrocie: Czołówka manifestacji, na czele której kroczy „Brodacz”, aktywny organizator manifestacji w dn. 11.03.68. Zdjęcie to wykonano ok. godz. 16.20 na ulicy Strzody z ZURiT-u w kierunku kwiaciarni Chryzantema, czyli tuż przed skrzyżowaniem z ulicą Zwycięstwa, gdzie chwilę później legenda tego miejsca, 200-kilowy sierżant Garcia tak pokierował ruchem, by manifestanci mogli bezpiecznie skręcić w stronę Rynku. Zwróćmy uwagę, że na tym zdjęciu spojrzenia gapiów biegną w głąb kolumny. Był to dopiero początek marszu i na razie „Brodacza” nie imają się żadne podejrzenia. Byłoby jednak lepiej, gdybyśmy poznali i jego osobę, i jego relację. Dziwnie wygląda dopiero późniejszy przebieg manifestacji, zwłaszcza że o pil­nujących wtedy steru nie wiemy nic, bo ubeckim fotografom skończył się film w aparatach. Poza tym robiło się coraz ciemniej, a lamp błyskowych w takich sytuacjach nie używano.

Gdy po latach patrzymy na plan miasta i szukamy jakiegoś sensu w tej całej telemakiadzie, docho­dzimy do wniosku, że albo donoszącym co chwilę milicjantom dwoiło się w oczach, albo przewodnik był pijany, albo przeciwnie: był bardzo trzeźwy i miał zadanie jak najdłużej utrzymać kolumnę. Manifestanci w różnych momentach pojawiali się na wszystkich głównych placach i na łączących je ulicach. Od Górnych Wałów do Jagiellońskiej i od Powstańców Warszawy do Pszczyńskiej. Dobry tysiąc studentów trafił nawet pod kamienicę przy ul. Gottwalda 17 (dziś Częstochowska), gdzie na drugim piętrze mieszkał rektor Jerzy Szuba. Tam pokrzyczeli, ale rektor się nie pokazał, więc poszli dalej.

 

8. Manifestacja z 11 marca 1968 przebiegała bez interwencji ze strony milicji. Jak dziś wiemy – nie był to przejaw demokracji, ale pewnego niezdecydowania. By studentów porządnie stłuc, należało ich ponownie gdzieś zgromadzić we wtorek. Jak to zrobić? Sposobów było kilka. Mój rok we wtorki chodził na Studium Wojskowe. Mieliśmy własne mundury i o 7.30 raz w tygodniu rozpoczynaliśmy szkolenie (do 14.30). Gdzieś pod koniec dniówki do sali wykładowej wezwał nas dowódca kompanii i – w wojskowej stylistyce – powtórzył wczorajszy manewr rektora: Żeby mi żaden (…) nie pojawił się o 16.00 na Placu Krakowskim, bo go (…)! Oczywiście – natychmiast pobiegliśmy zrzucić mundury i na Placu Krakowskim stawiliśmy się punktualnie. Ale wczorajszego entuzjazmu już nie było. Po chwili zaczęły nadjeżdżać samochody milicyjne, ktoś coś wykrzykiwał przez bateryjną tubę, pojawili się jacyś cywile, a studenci, których początkowo mogło być z pół tysiąca, po kilkunastu minutach zniknęli z placu. Widać było, że z tego nie wykroi się żadna manifestacja, roiło się od niebieskich i „coś” już wisiało w powietrzu.

Studenci się rozpłynęli. Poszedłem więc spokojnie do akademika na Rynku (DS „Gwarek” zajmował cały kompleks między Rynkiem a Placem Inwalidów) i tam wraz z kilkoma kolegami stanęliśmy w oknie narożnego pokoju, skąd widać było spory odcinek ulicy Zwycięstwa. Ruch jak w każde popołudnie, średni. Nagle z Dolnych Wałów wyjechało kilka milicyjnych nysek, a z nich wyskoczyli zomowcy w kurt­kach i śmiesznych, jakby motocyklowych kaskach. Za chwilę nikomu nie było do śmiechu.

W każdej nysce było po kilku drabów z długimi, białymi pałami i po jednym przewodniku z psem. Te psy prowadzono na smyczy i w kagańcach. Nikogo nie ugryzły, ale strach był wielki. Zomowcy rzucali się na przypadkowych przechodniów, walili każdego trzy, cztery razy, biegli do następnego, nie przebierając w płci i wieku, potem do jeszcze jednego lub dwóch, wskakiwali do nysek i odjeżdżali w kierunku dworca. Znikali nam na parę minut z oczu, by po chwili znów pojawić się w tym samym miejscu i robić to samo. Nie zauważyłem, by nad kimś znęcali się nadmiernie. Raczej ściśle odrabiali lekcję z przedmiotu „terroryzowanie społeczeństwa”. Liczyła się ilość pobitych a nie jakość. Ta ope­racja powtórzyła się z pięć razy.

 

9. Drugi, większy, ale bez psów, oddział zomowców mniej więcej w tym samym czasie operował pod DS-ami na Łużyckiej. Ustawili szpaler, uniemożliwiający studentom wejście do akademików. Każdy widział wtedy co innego. Jedni twierdzą, że studenci chcieli sformować pochód, ale to nie wyszło, bo było ich za mało. Inni znów sądzą, że studenci wracali z Placu Krakowskiego, lub ze stołówek i nor­malnych zajęć na uczelni, i że mowy nie było o żadnym pochodzie, bo niby dokąd by ten pochód miał iść.

Nie byłem wtedy na Łużyckiej, więc tego nie rozstrzygam, ale – z punktu widzenia rozważań o pro­wokacji – cała ta sprawa jest ważna. Jeżeli mamy jakąś naukę wyciągnąć na przyszłość, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy przebieg zdarzeń był przypadkowy, czy zaplanowany. A jeśli zaplanowany, co wydaje mi się oczywiste, to: kto planował i w jakim celu. Innymi słowy: mieliśmy tu do czynienia z prowokacją, czy nie.

Zomowcom też było nielekko, zwłaszcza tym, którzy stali pod akademikiem żeńskim. Dziewczyny, zgodnie z siedemnastowiecznym gliwickim obyczajem, raziły mundurowych z góry, czym się tylko dało. A że najbliżej stały kwiatki, to i niejedna doniczka wylądowała na milicyjnym kasku. Gdyby zomowcy umieli czytać, pewnie by pod tym akurat domem studenckim się nie ustawili. Bo dom ten zwie się… „Rzepicha”!

Andrzej Jarczewski

Powyższy tekst jest zapowiedzią pisanej właśnie książki.

Posiadaczy zdjęć, opisów lub ciekawej wiedzy

proszę o kontakt z Muzeum w Gliwicach.

 

*

1 Brak jakichkolwiek wieści o losach tych ludzi. Może ktoś się odezwie? Do tej pory nie dysponujemy katalogiem represji pomarcowych na Politechnice Śląskiej. A było ich wiele.

2 Publikujemy tu zdjęcia, wykonane ukrytą kamerą w Marcu’68 z nadzieją, że fotografowane osoby odnajdą się i opowiedzą swoją historię. Instytut Pamięci Narodowej udostępnił autorowi 59 zdjęć z archiwum bezpieki oraz sporo dokumentów. Wszystkie te materiały znajdą się na stronie www.ajarczewski.republika.pl.

3 Według relacji Jerzego BRADECKIEGO, ówczesnego przewodniczącego Rady Uczelnianej ZSP na Politechnice Śląskiej, uczestnika omawianego spotkania (niepubl.).